Nie dajmy się zwariować!
Od
dłuższego czasu policką sceną samorządową miotają
gwałtowne burze. Wywołuje je klub Platformy Obywatelskiej pod hasłem
obrony
prawa i interesów policzan mniemanie głębionych przez „układ w gminie”.
Pod tym
pojęciem rozumie się władzę wykonawczą, czyli aparat urzędniczy z
burmistrzem
na czele, a w szczególności osobę wiceburmistrza Jakuba Pisańskiego.
Pojęcie jest pojemne i nie ma znaczenia, czy jakiś
układ
istnieje, ważne, że się go sugeruje. Walka z mniemanym „układem” scala
szeregi,
personifikuje „wroga” i pozwala stwarzać wrażenie boju o przyszłość
Polic.
Tymczasem nic bardziej błędnego.
Wraz z upływem czasu władza wymyka się z rąk Platformie Obywatelskiej w zasadzie w całym kraju. W Zachodniopomorskiem zaczęła się wymykać wcześniej niż w innych regionach, czemu sprzyjały niezrozumiałe spory oraz mącące wizerunek ugrupowania afery.
Pałacowy zamach na osobę marszałka Obryckiego, kłótnie posła Nitrasa z senatorem Zarembą, zakończone odejściem tego ostatniego z partii, narkoafera Atamańczuka i Łuczaka - to były preludia.
Akt główny wypełnił upadek stoczni, a jeśli jeszcze padną ZCh „POLICE” SA (bo np. nie dostaną kredytu) - karta się odwróci i partia Donalda Tuska straci wzięcie w regionie. Niekorzystne tendencje dodatkowo wzmacnia afera hazardowa.
Patrząc przez pryzmat nadchodzących wyborów powodów do hurraoptymizmu nie ma też środowisko polickiej Platformy Obywatelskiej. W ciągu trzech lat grupa zmieniła oblicze, stała się partią wodzowską tracąc atrakcyjność demokratycznego ugrupowania. Zniknęło życie środowiskowe, na czoło partii wysunął się zespół biznesowo-finansowy, historycznie tożsamy z Polickim Stowarzyszeniem Gospodarczym.
Taki stan rzeczy pozwala na sprawne działanie, lecz nie jest atrakcyjny dla przeciętnego odbiorcy partyjnego przesłania.
Grupa biznesowa z natury stanowi społeczną
mniejszość i
przeciętnemu obywatelowi trudno się z nią utożsamić. Jej
przedstawiciele zwykle
są szanowani, nawet otaczani podziwem, ale większości z nich nie
spotyka się na
co dzień - w sklepie, w szkole, na ulicy, na dożynkach, odpuście,
wiejskich
spotkaniach itd. Pod tym względem znacznie bardziej rozpoznawalni są
członkowie
„Gryfa”, a nawet polickiego PiS, stale funkcjonujący w pewnych
środowiskach.
Widząc te niedostatki liderzy polickiej Platformy postanowili się uobecnić. Techniką dobrze znaną, czyli za pomocą wywoływania skandalu. I to przed obiektywami kamer polickiej TV Kablowej. Od kwietnia br., czyli od daty pierwszej próbnej transmisji, na każdej sesji Rady Miejskiej mamy stylizowane na western, gwarantowane przedstawienie.
W
roli dzielnego szeryfa występuje przewodniczący komisji
rewizyjnej - radny Jerzy Kardziejonek. Wspierany przez sześciu
partyjnych
kolegów oraz dwóch członków PiS (radni Rybowski i Durman, na wylocie z
partii)
walczy ze „złymi kowbojami” z „Gryfa” i ich wspólnikami w osobach
radnych
niezależnych oraz dwóch pozostałych z PiS. Kanonada zespołu szeryfa
jest gęsta,
w antraktach między sesjami szeryf, pospołu z radnym Durmanem,
przekopują
wszystkie możliwe dokumenty, sięgając do ubiegłego wieku, celem
znalezienia
jakichkolwiek „kwitów” mających świadczyć o „przekrętach” w gminie.
Ostatnio
doszły nas wiadomości, że bada się nawet trasy pielgrzymek sołtysów i
wydatki
podczas kurtuazyjnych rewizyt na Ukrainie. Po co?
Teoretycznie dla dobra Polic. Ale dobru Polic podkopywanie autorytetu władz wykonawczych na pewno nie służy. Pan Jerzy miał czas reagować w przeszłości, wszak i w poprzedniej kadencji był szefem komisji rewizyjnej, a wcześniej (1998-2002) miał wgląd w działalność gminy za sprawą swojego brata Janusza, ówczesnego radnego. Przedtem nie dostrzegano „nieprawidłowości” - skąd nagła ostrość wzroku, dlaczego je widzi się teraz?
Odpowiedź znajdziemy wyżej: bo nadchodzą wybory. Kampania PO rozpoczęła się dawno, we wrześniu ub. roku, rozpętaniem sporu na temat sposobu zagospodarowania lokali użytkowych w blokach - zamiennikach dawnych Hoteli „Chemik”. Potem nadeszła walka z panią sekretarz, następnie spór o SPPK (pomóc - zdanie większości radnych, czy: nie pomagać - zdanie PO), później skargi na burmistrza i próba przeforsowania uchwały o złamaniu przezeń dyscypliny finansowej, potem „afera” w ZWiK, próba odwołania wiceprzewodniczącego Rady i tak dalej, tak dalej.
Jest przy tym charakterystyczne, że wszystkie ww. kwestie, wyjąwszy sprawę pani sekretarz, były „przestrzelone”. To znaczy, że: albo zebranym materiałom brakowało mocy dowodowej, albo ekspertyzy mogły być podważone, albo uzasadnienia pewnych inicjatyw (np. odwołania W. Króla) były mało przekonujące. Więc po co je podejmowano?
Jak napisaliśmy - nadchodzą wybory. Policka PO wie, że jest w trudnej sytuacji. Jeśli w szranki wyborcze stanie W. Diakun - o kontrkandydacie na burmistrza PO może sobie tylko pomarzyć. W jej szeregach nie ma równej obecnemu burmistrzowi charyzmatycznej osobowości, a gdyby nawet się odnalazła - nie jest wylansowana. Dlatego dla PO najlepiej by było W. Diakuna usunąć.
Jak? Za pomocą sądu, którego jakikolwiek wyrok skazujący uniemożliwiłby start podsądnemu w wyborach. Próba udowodnienia złamania dyscypliny finansowe lub próba obarczenia burmistrza odpowiedzialnością (brak nadzoru) za jakieś nieprawidłowości w ZWiK ma właśnie taki podtekst. Działaniom sekunduje inna inicjatywa (PO nie ma z nią nic wspólnego) - atak od strony IPN i próba udowodnienia kłamstwa lustracyjnego. Naiwna, bo IPN żadnych dowodów nie ma.
Schemat
działań jest
taki: będziemy „walili”, nawet, jak się nie uda - zawsze się „coś”
przyklei.
Nieprawda! Policzan - mieszkańców Gminy - należy bardziej szanować.
Ludzie swój
rozum mają. Ponieważ gra jest przejrzysta - raczej skazana jest na
niepowodzenie. I można by nad tym faktem przejść do porządku, gdyby nie
jeden
szczegół. Ta gra jest szkodliwa dla Polic.
Rozpatrzmy sytuację Polic. Mocno chwieją się Zakłady. Można jeszcze mieć nadzieję, że wstaną z klęczek, ale to tylko cisza przed inną burzą. Pomijając wszelkie spekulacje „jak do tego mogło dojść” jesteśmy pewni prawdopodobieństwa scenariusza, który niżej kreślimy.
Powiedzmy, że Zakłady otrzymają kredyt. Pozwoli im on przetrwać do roku 2010, ba, nawet wyjść na prostą, czyli osiągnąć zysk i pospłacać długi. Lecz kiedy to się stanie Zakłady zostaną sprzedane. O takim planie już wiemy.
Żaden prywatny właściciel, zwłaszcza gdyby nim został zagraniczny kapitał, nie zechce hołubić nadmiaru pracowników. I zrobi to, co najprostsze - zwolni znaczną grupę pracowników spółki oraz drugie tyle pracowników spółek-córek. Może to zrobić łagodnie, może to uczynić gwałtownie, protesty niewiele pomogą. Są prawa wolnego rynku i trzeba się z nimi pogodzić. Mniejszość zwolnionych sobie poradzi, większość zostanie zdana na pomoc powiatu i gminy. Takie mogą być fakty i trzeba się na nie przygotować.
Kiedy
nadchodzi kryzys ludzie szukają stabilizacji.
Mocnych punktów rzeczywistości, która ich otacza. Tym mocnym punktem
jest
gmina. Nie jest jej obowiązkiem zajmowanie się rynkiem pracy, bo to
zadanie
powiatowe, lecz w sferze ekonomicznej powiat niewiele może. Pole
manewru ma
gmina.
Jest wielce prawdopodobne, że z racji potencjalnego rozwoju wydarzeń program kolejnej kadencji samorządowej trzeba ustawić pod kątem opisanego scenariusza. Daje się to zrobić pod warunkiem spokoju.
Awantury samorządowe, których jesteśmy świadkami
tego
spokoju nie zapewniają. Nie niosą zresztą konstruktywnych treści. Ich
celem
jest próba zmiany obecnej ekipy na własną, bliżej nieznaną. Z
wszystkimi
konsekwencjami takiego zabiegu, skutkującego totalnym chaosem
zarządzania. Bo
pierwszym i - dodajmy - jedynym punktem sugerowanego programu jest
wymiana
osób. Od burmistrza po naczelników i kadrę jednostek pomocniczych. Dla
partii dążącej
do władzy rzecz bardzo atrakcyjna. Ale czy również dla Polic?
Pytanie jest retoryczne. Oczywista koncepcja „rozwalenia” struktur gminnych nadeszła w najgorszym z możliwych momentów. Kiedy dokładnie potrzeba czegoś odwrotnego. Wspólnej pracy nad programem zabezpieczenia Polic przed możliwymi skutkami redukcji zatrudnienia w Zakładach. Na razie zamiast niej mamy z sesji na sesję przenoszące się awantury i wyciąganie mniemanych „trupów z szafy”. Czy w tych warunkach można konstruktywnie pracować?
Na wrześniowej sesji Rady Miejskiej w Policach radny Jerzy Kardziejonek zaczął krytykować kolegów z innych ugrupowań za to, że „niewłaściwie głosują”. Niewłaściwie, to znaczy inaczej niż sobie tego życzy klub Platformy Obywatelskiej. Co więcej, zarzucił burmistrzowi „terroryzowanie” Rady, metody „białoruskie” i paraliżowanie prac kontrolnych nad minionymi poczynaniami. Panu Jerzemu sekundowali: radny Bartłomiej Pachis krytykując istnienie dyscypliny głosowań „Gryfa” (jakby w klubie PO takowej nie było) oraz dramatycznie rwąca szaty Bogumiła Korczyc. To było nieźle wyreżyserowane przedstawienie.
Nadchodzi kolejna, październikowa sesja. Jeszcze nie znamy programu, ale możemy przypuszczać, że znów się pojawi szukanie dziury w całym. Mając przed oczyma wyzwania, którym muszą sprostać Police - mamy propozycję dla obserwatorów gminnych obrad. Nie dajmy się zwariować!
Redakcja „MP
